Im
mniej wskazuje na to, że kiedykolwiek wyjdę jeszcze z domu, tym
chętniej czytam książki o miłych miejscach. (Przepraszam, że tak
stawiam sprawę, zwłaszcza, że limit skarg wyczerpałam już w
ostatnim poście). Cóż jednak zrobić, skoro
właśnie DLATEGO sięgnęłam po TOPR. Żeby
inni mogli przeżyć Beaty Sabały-Zielińskiej?
 |
| fot. A. Rusinowski |
Raz po raz docierają
do mnie wieści o wyświetlających tę stronę. Jest mi miło.
Myślę w takich chwilach, że jesteście ciekawi, co słychać. Albo
chociaż – dlaczego nic nie słychać.
Może i wrzesień czeka nas całkiem niedługo, ale przypominam, że wakacje WCIĄŻ trwają. Wciąż nikt nie musi już czytać tego, na co nie ma ochoty. Wciąż można bez wyrzutów sumienia tonąć w książkach, na które długo się czekało, a na które nie starczało czasu.
Nie ma przyjemności bardziej błahej i niewinnej niż zabawy w wyobraźni: sklejanie, doczepianie i wycinanie - tworzenie historii z tych, które już ktoś napisał. Czy Wy też szukacie czasem apokryficznych przygód?
Tytuł dzisiejszego posta to temat corocznych spekulacji. Wskakuję w ich wartki nurt i płynę, płynę...
Może się zdziwicie, ale co nieco na ten temat wiem. Kilka lat temu przeprowadziłam pierwsze i ostatnie w swoim życiu badania ankietowe. Interesowało mnie, jak kobiety w różnym wieku wyobrażają sobie wróżkę. Nie precyzowałam, czy chodzi o taką ze skrzydełkami, czy bliższą Babie Jadze.
W zasadzie jestem przeciwna taniej sensacji. Na ogół. Z natury. Ale kanon lektur kojarzy się z taką bezpieczną stabilizacją, że aż prowokuje do wyszukiwania plotek. Zapraszam na pierwszą część cyklu o autorach, którzy o mrocznym szaleństwie i łamaniu stereotypów wiedzieli więcej niż my wszyscy razem wzięci.